XLVII.

2005-09-11 00:43:06


Jest punkt krytyczny, którego unikanie to główny podstawnik we wszystkich równaniach o związkach, o zależnościach, relacjach bliskich i wnikających w tkankę podskórną jak w materiał chłonący najmniejsze pyłki, po których powstają największe ślady widoczne z odległości kilku stóp, szorstkie na odległość dłoni i palców, ust przytkniętych do szyi, gdzie pulsuje tętnica, krąży gwałtownie krew, utleniając mózg i niepodważalnie zaznaczając, że jeszcze jutro, pojutrze, później. Jest punkt krytyczny do którego odwołuję się i, który usprawiedliwia moją nie przyswajalność oraz sumaryczność niedoskonałości.. co daje nam sprzeczność już i na wstępie, ale.
Wszystko jest czasowe, bo staje się tak, że nagle już pojawianie się, przebywanie, czy coś, to niejaka trudność – wcale nie na minus, właśnie, tak by za prosto było i teraz rzuć mi mięsem w twarz, za unikanie dosłowności, a ja i tak będę mieć wyjebane. Na to i tamto, i siamto.
Zwielokrotnienie intensywności dopełnia kurewskość takiego układu, bo kiedy nie prowadziłam swojego blogaska to działy się rzeczy, uwaga, banalne, działy się pięknie.
Tyle.

Od kilku miesięcy mam zmieniona perspektywę, która z banalności przeszła w wielkość o nadprogramowej ilości włosów na szczotce, choć miała nie, powtarzając za prof. pe, no ale.
Ale.

skomentuj (4)


Strona główna